Czy eurokraci szykują skok na polskie wybory?
Portale lub profile społecznościowe Telewizji Republika, wPolsce24, Radia Maryja, Telewizji Trwam, „Tygodnika Do Rzeczy”, wPolityce czy „Tygodnika Solidarność” zostają zablokowane. A wszystko po to, aby zapewnić Polakom… „wolne wybory”.
Jak wyglądały wybory parlamentarne na Węgrzech?
Ten czarny scenariusz znajduje oparcie nie tylko w przyjętym niedawno prawie Unii Europejskiej, ale także w rozwijanej na naszych oczach praktyce działania Komisji Europejskiej. Pierwsze przymiarki miały miejsce przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych na Węgrzech. Widzieliśmy to na własne oczy, gdy współkierowałem międzynarodową misją obserwatorów wyborów na Węgrzech.
Komisja Europejska uruchomiła w czasie kampanii wyborczej po raz pierwszy „Szybki System Reagowania (Rapid Response System – RRS)”, powołując 44 „zaufanych weryfikatorów faktów”, śledzących media społecznościowe i zgłaszających ich administratorom rzekomą dezinformację. Ich działania prowadziły do ograniczania zasięgów lub usuwania profili konserwatywnych w mediach społecznościowych. Jako „dezinformację” potraktowano między innymi wiele wzmianek o faktycznym spotkaniu węgierskiego premiera z prezydentem USA. Zapewne tylko dlatego, że „weryfikatorzy” nie darzyli sympatią żadnego z tych dwóch polityków.
Kontrola mediów elektronicznych jest już prawem. To unijny Akt o usługach cyfrowych (DSA). Wdrożenie dokumentu w Polsce zostało zawetowane przez prezydenta RP Karola Nawrockiego. Wpływ na decyzję głowy państwa w tej sprawie miały argumenty Ordo Iuris, które przekazaliśmy Kancelarii Prezydenta w formie analizy.
Jednak wiele przepisów DSA – w tym między innymi wspomniany „Szybki System Reagowania” – jest niezależnych od polskich ustaw.
Zastosowane na Węgrzech mechanizmy zostaną jeszcze bardziej rozwinięte, a potem z całą bezwzględnością wdrożone podczas przyszłorocznych wyborów w Polsce.
Aby przestrzec przed tym Polaków – w ramach Koalicji Wolności na rzecz Wolnych i Uczciwych Wyborów – opublikowaliśmy raport podsumowujący węgierskie wybory parlamentarne.
Cenzura pod pretekstem obrony demokracji
A to tylko pierwszy z mechanizmów ograniczania demokracji… w imię unijnej praworządności. W pogłębionej analizie ujawniamy także prawdziwe oblicze Europejskiej Tarczy Demokracji, która deklaruje cel w postaci ochrony demokracji, tworzenia „bezpiecznej”, zdominowanej przez „wiarygodne” treści i wolnej od dezinformacji przestrzeni informacyjnej oraz walki z „mową nienawiści”. W rzeczywistości akty prawne składające się na Europejską Tarczę Demokracji tworzą cenzorski system prewencyjnych ograniczeń, umożliwiających represjonowanie obrońców, życia, rodziny, wolności i suwerenności państw narodowych.
Ponad wszelką wątpliwość prawdziwe informacje dotyczące ofiar aborcji czy zbrodni popełnianych przez migrantów – podobnie jak treści wyrażające religijne, medyczne lub społeczne oceny postulatów organizacji LGBT – staną się szybko treściami zakazanymi w przestrzeni „Europejskiej Tarczy Demokracji”.
Kluczową rolę w budowanym przez eurokratów systemie cenzury mają pełnić „zaufane podmioty sygnalizujące” – rzekomo niezależne, a w praktyce często finansowane ze środków publicznych UE lub państw członkowskich. Choć nie podlegają one żadnej demokratycznej kontroli, to właśnie one mają – w myśl unijnych przepisów – oceniać, które treści stanowią dezinformację niepożądaną w UE i zgłaszać to mediom społecznościowym takim jak Facebook, YouTube czy X.
Ogromne kontrowersje budzi także rozporządzenie UE dotyczące reklam politycznych. Dokument zawiera niezwykle szeroką definicję „przekazu politycznego”, która obejmuje nie tylko reklamy partii politycznych, ale także kampanie społeczne organizowane przez Ordo Iuris i innych obrońców życia, rodziny czy tożsamości narodowej, a nawet kampanie o charakterze religijnym i pobożnościowym.
Bruksela robi wszystko, by w pełni wdrożyć te cenzorskie mechanizmy przed przyszłorocznymi wyborami w naszym kraju. Wówczas dotarcie do Polaków z prawdziwymi informacjami o skali zagrożeń związanych z realizacją agendy radykalnej lewicy i liberałów będzie trudniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie możemy do tego dopuścić. Zrobimy co w naszej mocy, by obronić wolność słowa w Polsce.
Zaczęliśmy od analiz, które przyczyniły się do zawetowania przez Prezydenta ustawy wykonawczej do rozporządzenie DSA. Na decyzję dr. Karola Nawrockiego entuzjastycznie zareagowali obrońcy wolności słowa w USA, którzy z przerażeniem patrzą na ekspresowe tempo cenzorskich reform w UE.
Przed nami dalsze prace w koalicji organizacji walczących o wolność słowa oraz wolność kampanii politycznych w Europie.
Mamy rok…
Musimy zabezpieczyć prawo Polaków do pełnej informacji i do wolnego wyboru ich przedstawicieli.
Bronimy Polaków represjonowanych przez rząd
Poza złymi prawami rozwija się także zła praktyka prawna. Dlatego zdecydowanie stajemy po stronie ofiar politycznej i ideologicznej cenzury, zapewniając im bezpłatną pomoc prawną.
Wciąż bronimy 67-letniej emerytki z Torunia, która opublikowała w mediach społecznościowych wpis krytyczny wobec pupila władzy Jerzego Owsiaka. Podporządkowana rządowi Donalda Tuska prokuratura uznała wpis starszej, schorowanej kobiety za groźby wobec lidera WOŚP. Policja wtargnęła do jej mieszkania o godz. 06:25 nad ranem i wyprowadziła ją na oczach przerażonego męża.
Sąd pierwszej instancji skazał kobietę na 6 miesięcy pozbawienia wolności – w zawieszeniu na rok. Co więcej – sąd zobowiązał panią Izabelę do wpłaty na rzecz Owsiaka zadośćuczynienia w kwocie 1000 zł, co przekracza miesięczny dochód kobiety!
Złożyliśmy apelację od tego absurdalnego wyroku i nie mam wątpliwości, że dzięki naszemu zaangażowaniu doprowadzimy – prędzej czy później – do uniewinnienia pani Izabeli.
W podobnej sprawie reprezentujemy młodego chłopaka z Warszawy, zmagającego się ze zdiagnozowanym autyzmem i lekką niepełnosprawnością intelektualną. Jego również prokuratura oskarża o kierowanie gróźb karalnych wobec Jerzego Owsiaka.
Interweniujemy także w sprawie pani Oliwii – młodej żony i matki, która na publicznej manifestacji w Zamościu sprzeciwiła się otwieraniu Polski na masową migrację z krajów, gdzie „kobiety traktuje się jak śmieci, gdzie gwałty są na porządku dziennym, gdzie kobieta, która wyjdzie sama wieczorem, po prostu sama się prosi o gwałt”. Kobieta jest oskarżona o publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic rasowych i wyznaniowych, za co grożą jej nawet 3 lata więzienia.
Niedawno osiągnęliśmy sukces, doprowadzając do umorzenia przez Okręgowy Sąd Lekarski przy Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej we Wrocławiu postępowania dyscyplinarnego wobec dr Ewy Wendrowskiej. Lekarka była bezpodstawnie oskarżona o propagowanie „postaw antyzdrowotnych i podważanie zaufania do zawodu lekarza”. Powodem zarzutów wobec dr Wendrowskiej było podpisanie apelu wzywającego rząd i media do… dyskusji nad skutecznością niektórych rozwiązań sanitarnych proponowanych w okresie pandemii.
Jeśli nie będziemy bronić wolności słowa, to bardzo szybko się z nią pożegnamy. Finlandia kiedyś cieszyła się wolnością wypowiedzi. W kwietniu tamtejszy Sąd Najwyższy skazał Päivi Räsänen (wielokrotną deputowaną do Parlamentu Finlandii oraz byłą minister spraw wewnętrznych Finlandii) na grzywnę w wysokości ok. 1 800 euro za publikację broszury przedstawiającej chrześcijańskie stanowisko na temat praktyk homoseksualnych.
Lewica chce, aby podobne przepisy obowiązywały w Polsce. Nie możemy do tego dopuścić.